15 wrzesień 2022

Poznań - Policjant z Poznania zdobył szczyt Mont Blanc

zdjęcie: Poznań - Policjant z Poznania zdobył szczyt Mont Blanc / fot. KMP w Poznaniu
fot. KMP w Poznaniu
Na pytanie czy miał ochotę zrezygnować i zawrócić odpowiedział: niejeden raz. Dlaczego tego nie zrobił? Co dało mu siłę i nadzieję, że cel, który sobie postawił jest do osiągnięcia? O słabościach, ciężkich chwilach, mroźnych porankach i zrealizowaniu największego swojego marzenia opowiada mł. asp. Michał Bombała z Referatu Wywiadowczego Wydziału Sztab Policji Komendy Miejskiej Policji w Poznaniu, który latem tego roku zdobył największy szczyt Europy - Mont Blanc.
REKLAMA

Przeczytajcie jego historię…

"Mniej więcej jesienią ubiegłego roku postanowiłem, że dopiszę do swojej listy zdobytych szczytów najwyższy szczyt Europy - Mont Blanc (4809 m n.p.m.). Uparłem się strasznie na tę górę. Pomyślałem, że chcę tam wejść. Zacząłem wyszukiwać przydatne dla mnie informacje. Trwało to przez wiele dni i nocy. Korzystałem z różnych źródeł dostępnych w Internecie oraz książek i map. Czytałem blogi ludzi, którzy już pokonali tę drogę, żeby zebrać, jak najwięcej przydatnych wskazówek. Kiedy podjąłem ostateczną decyzję, że ruszam na wyprawę, już na samym starcie natrafiłem na pierwsze trudności. Przyszło mi się zmierzyć z obowiązkową rezerwacją noclegu w schronisku na drodze klasycznej. Takie są prawne wymogi wyprawy. Sytuacja w rzeczywistości wygląda tak, że na szlaku służbę pełni patrol funkcjonariuszy z Żandarmerii Wojskowej, którzy dysponują listą osób, które mogą się poruszać danym szlakiem. Prawda jest taka, że jeżeli nie ma cię na tej liście, to niestety, ale musisz zawrócić.

Rezerwacja o której wspominam, jest uruchamiana dla wspinaczy na wiosnę. Mi jednak fartem udało się z załatwić to w miesiącu lutym, żeby ostatecznie doprowadzić formalności do końca na początku kwietnia.

Moje pierwotne założenie było takie, że górę zdobędę w 3 dni. Decyzja podyktowana była tym, że zamierzałem wyruszyć w pojedynkę, a aklimatyzacja w takich warunkach jest bardzo ważna, ponieważ w przypadku niebezpieczeństwa można liczyć tylko na siebie.

Przez kolejne miesiące kompletowałem niezbędny sprzęt. Część rzeczy musiałem pożyczyć od znajomych, a kiedy już miałem wszystko przygotowane to przyszła pora na pakowanie. Prowiant, odzież na różne warunki atmosferyczne oraz sprzęt do wspinania się po górach. Wszystko schowałem do 90-litrowego Zasobnika Piechoty Górskiej. Dodatkowo miałem ze sobą jeszcze mniejszy, 35- litrowy plecak alpinistyczny.

W końcu nadszedł czas urlopu. To oznaczało, że moja wyprawa właśnie się rozpoczyna.

Pierwszy tydzień spędziłem w Szwajcarii nabierając ostatnich szlifów. Po zdobyciu kilku mniejszych szczytów i lodowców w Alpach szwajcarskich trafiłem do Francji do miasta Les Houches (1008 m n.p.m.), nieopodal Chamonix Mont-Blanc, gdzie właśnie rozgrywał się Puchar Świata we wspinaczce.

Na polu namiotowym życie leciało mi szybko. Oprócz PŚ odbywał się także Tour du Mont Blanc. Przez chwilę cała Francja była centrum fanów trekkingu i wspinaczki. To była świetna wiadomość dla mnie i doskonała okazja do poznania nowych ludzi i wymiany doświadczeń.

W końcu przyszedł czas na mnie.

12 lipca o godzinie 10.00 wyruszyłem z pola namiotowego w kierunku wyciągu linowego, który zabrał mnie do stacji Tramway du Mont Blanc na wysokość 1783 m n.p.m. Następnie kolejka zębata zabrała mnie na wysokość 2375 m n.p.m.

Z tego właśnie miejsca rozpoczęło się moje mozolne podejście w słońcu po skale. Wiele zakosów, które świadczyły o nachyleniu terenu dało mi się we znaki. Po około 2,5 h dotarłem do pierwszego celu na wyznaczonej drodze. Było to schronisko Tête Rousse 3167 m n.p.m.. Noc spędziłem w tzw. „Basecampie”. To drewniane platformy, na których rozbite są namioty wyprawowe. Z tego miejsca widać było już doskonale Kuluar Śmierci - najniebezpieczniejszy odcinek na całej mojej trasie. Dla niewtajemniczonych jest to około 50 m szerokości żleb, który trzeba przejść bardzo szybko po sypkiej, drobnej skale. W dodatku z góry lecą kamienie od małych i średnich po wielkie skały. Spotkanie z czymkolwiek z takiej wysokości w wielu przypadkach oznacza przerwanie zawodów.

Noc z 12 na 13 lipca była dla mnie bardzo niespokojna. W Kuluarze Śmierci dochodziło cały czas do obrywów skalnych. Tej krótkiej nocy doszło do ponad 20 osunięć skał. Termometry wskazywały -8°C i pomimo dobrego przygotowania i odpowiedniego sprzętu mocno zmarzłem. Do tego czułem stres i wysiłek fizyczny. Kiedy na zegarze wybiła godzina 2.00 w Basecampie było słychać ciągle dzwoniące budziki. Jeden po drugim. Ich dźwięk zmieniał się po dłuższej chwili na dźwięk przytłumionych rozmów wspinaczy. Wtedy zrozumiałem, że tej nocy już nie zasnę. Wstałem, przepakowałem rzeczy i ruszyłem w kolejny etap wyprawy. Tak się opieszale zbierałem, że w pewnym momencie na basecampie zostałem sam, a na ścianie prowadzącej do schroniska Gouter zauważyłem „węże świetlne”. Byli to wspinacze związani ze sobą linami. Widziałem, jak niektóre zespoły błądziły, zawracały, robili narady i wyznaczali nową trasę. Wtedy pomyślałem sobie, co ze mną? Przecież jestem sam i nie poradzę się nikogo, którędy kroczyć dalej. Nie zrezygnowałem. Dokończyłem pakowanie plecaka szturmowego, a resztę niepotrzebnego sprzętu zaniosłem do schroniska Tête Rousse.

O godzinie 4.00 byłem juz ubrany w cały sprzęt wspinaczkowy. Na rozgrzewkę ruszyłem do Kuluaru Śmierci. Po drodze mijali mnie wspinacze z Francji więc dogoniłem ich na wejściu na żleb. Tam czekaliśmy i nasłuchiwaliśmy, czy będzie bezpiecznie. Po upewnieniu się, że żadne skały się nie osuwają, przekraczaliśmy żleb idąc jeden za drugim. Ja w tym czasie wypatrywałem zagrożenia, żebym mógł w porę ostrzec pozostałych. Po dotarciu na drugi brzeg, wspinacze zatrzymali się i spojrzeli w moją stronę. To był znak, że teraz czas na mnie.

Kiedy ruszyłem, oni wypatrywali, czy nie dzieje się nic niepokojącego. Taki koleżeński rewanż. Po tym, jak przeszedłem żleb, pozdrowiliśmy się wzajemnie i każdy ruszył w swoją stronę.

Wspinałem się coraz wyżej i wyżej. Widziałem "wydeptane" ślady w skale po których się poruszałem. Trzy czerwone kropki na skale, świadczyły o tym, że jestem na właściwym szlaku. Jak znalazłem się w sytuacji, że niczego nie mogłem zobaczyć, to szukałem po prostu śladów po rakach na skale. Były również momenty takie, że wytyczałem nową ścieżkę.

W końcu dotarłem do schroniska Gouter 3815 m n.p.m., gdzie miał odbyć się mój drugi nocleg przed atakiem szczytowym. Panowała tam lekko nerwowa atmosfera. Spotkałem zespoły, które zawróciły ze względu na brak odpowiedniej aklimatyzacji i przygotowania oraz zespół, który całkowicie zrezygnował. Byli też pierwsi szczęśliwcy. Ci, którzy zadowoleni, spełnieni i zmęczeni wrócili ze szczytu.

W schronisku rozmawiam z przewodnikami, którzy zgodnie potwierdzili, że kolejnego dnia droga klasyczna może zostać zamknięta. To nie było planowane, ale czasami zdarzają się sytuacje nie do przewidzenia. Postanawiam więc trochę zmienić swoje plany i po zameldowaniu się w schronisku oraz małym śniadaniu, ponownie sprawdziłem sprzęt i wyruszyłem w kierunku szczytu Mont Blanc. Wiedziałem, że muszę chociaż spróbować.

Po drodze napotkałem na klasyczne w tym miejscu trudności atmosferyczne takie, jak temperatura, wiatr i słońce. W schronie Vallot 4362 m n.p.m. zrobiłem sobie krótką przerwę, a potem wyruszyłem w dalszą podróż. Została mi już ostatnia „prosta”. W końcu udało się! O godzinie 16.00 stanąłem na szczycie. Zdobyłem Mont Blanc.

Co dalej? Planów mam jeszcze sporo. Najbliższe, to Korona Europy oraz najwyższy szczyt Niemiec - Zugspitze."

Marta Mróz

 
źródło: policja.pl
PRZECZYTAJ JESZCZE
pogoda Poznań
17.9°C
wschód słońca: 06:43
zachód słońca: 18:44
Koronawirus
wielkopolskie
REKLAMA

Kalendarz Wydarzeń / Koncertów / Imprez w Poznaniu

kiedy
2022-09-25 18:30
miejsce
Collegium Da Vinci - Aula Artis,...
wstęp biletowany
kiedy
2022-09-25 19:00
miejsce
CK Nowe Amore, Poznań, ul....
wstęp biletowany
kiedy
2022-09-25 19:00
miejsce
Centrum Kongresowo Dydaktyczne UM,...
wstęp biletowany
kiedy
2022-09-25 20:00
miejsce
CK Nowe Amore, Poznań, ul....
wstęp biletowany